środa, 22 marca 2017

Anna Czerwińska - Rydel - Tajemnica Matyldy [recenzja]

Wydawnictwo Bernardinum
Pelplin 2007

To opowiadanie urzeka wszystkich: czterolatki, czwartoklasistów, czterdziestolatki pewnie też by wzruszyło. 
W zasadzie wzruszenie jest może nazbyt silnym określeniem, jednak z całą pewnością historia Matyldy budzi ciekawość i silne pragnienie poznania finału tej opowieści.
Mała Matylda mieszka wraz z zapracowaną mamą w bliżej nieokreślonym mieście. Czuje się bardzo samotna - samotna matka wciąż pracuje, próbując zapewnić byt sobie i dziecku.
Poza tym jest nerwowa, nie rozumie, wręcz nie zna swej córki. Zapracowana, zagubiona, równie samotna nie potrafi dogadać się z najbliższą sobie istotą.
Matylda spędza dnie siedząc w oknie, patrząc na osobny, daleki jej świat. 
Jednak pewnego dnia, trochę przez przypadek, trafia ona do pani Alicji, nauczycielki gry na skrzypcach. To wiele zmienia w jej życiu - zaczyna interesować się grą, jest otoczona opieką, przyjaźnią, serdecznością, otwiera się na świat.
Pozostaje jednak kwestia mamy i relacji z nią. I to najciekawszy aspekt tej historii.
Autorka w bardzo delikatny, subtelny sposób pisze o trudnych relacjach rodzic - dziecko, uwikłanych we współczesność, pogoń za tak zwanym dobrym życiem. Gubią się prawdziwe, najważniejsze wartości. 
Tajemnica Matyldy urzeka, pociesza, a także przypomina, że podstawowe, najprawdziwsze prawdy są zawsze do nadrobienia, ulepszenia, odzyskania.
Zaraz zacznę czytać kontynuację, jestem ciekawa co będzie dalej.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Alfons Daudet - Listy z mojego młyna [recenzja]

Przekład: Roman Kołoniecki
Ossolineum
Wrocław 1992

Paryski poeta, Alfons Daudet, kupił młyn powietrzny do mielenia zboża położony w dolinie Rodanu, w samym sercu Prowansji, na zboczu pełnym sosen i dębów. Mieszkając w tych pięknych okolicznościach przyrody zebrał od okolicznych mieszkańców, sąsiadów, wędrowców opowieści o regionie, całą galerię różnorodnych postaci, których perypetie dostarczają morałów, pouczeń, czasem są przestrogą.
Niezwykłe, bardzo poetyckie i piękne opowieści, które czarują, uczą, czasem bawią, czasem wzruszają, jak baśnie. Listy z mojego młyna to lokalne historie opiewające przyrodę, prostotę, skromność, prawdę. Wspaniała książka dla młodych ludzi, jednak nie tych najmłodszych, gdyż język, niektóre z historii mogą być zbyt trudne, mało zrozumiałe.
Jedna z opowieści dotyczy podróży dyliżansem, w którym spotykają się poeta i dwaj starzy znajomi: piekarz i szlifierz. Dzięki gadatliwemu piekarzowi poznaje autor smutną historię szlifierza. Zdradzony i porzucony przez żonę płacze i cierpi, jednak, gdy tylko niewierna wraca, za każdym razem cieszy się jej powrotem i przyjmuje ją z otwartymi ramionami, co budzi wesołość i szyderstwo okoliczych mieszkańców.
Innym razem odwiedził poetę pewien staruszek grający na piszczałce. Opowiedział mu historię z przeszłości, która opisywała losy starego młynarza, który przegrał konkurencję z tzw. mączarzami. Chciał ocalić swój honor, a także honor młyna, czym niezwykle wzruszył wszystkich i odmienił swój los.
Jest historia mulicy, która po latach mści się na swoim oprawcy, jest łakomy ksiądz, któremu nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu otwiera drogę do piekła. Porusza historia karczmarki, skrywającej smutną tajemnicę, daje do myślenia opowieść o małym Delfinie, arystokracie, którego zabiera śmierć, nie zważając na pochodzenie i majątek. 
Gorzką refleksję przywodzi na myśl rzecz o uznawanym za ciętego literacie Bixioll, którego historia życia tak podsumowana jest przez autora: Wy, paryżanie, wszyscy jesteście jednakowi. Odraza, ironia, szyderczy śmiech, łgarstwa wierutne... - niesprawiedliwe sądzenie po pozorach. Autor przypomina też legendę o człowieku, który miał złoty mózg, ale wcale nie przyniosło mu to szczęścia, a także o księdzu Marcinie, który dzięki sennym marom przekonuje parafian do uczciwego, prawego życia.
Zbiór jest pewnego rodzaju skarbnicą mądrości i pouczeń. Podanie ich w formie gawęd, rozmów, legend daje czytelnikowi wiele przyjemności. 
Książka do wracania, smakowania, rozmyślań i tęsknoty za podróżami, szczególnie tymi do Prowansji.

piątek, 26 lutego 2016

Jon J Muth - Zdumiewające opowieści pandy [recenzja]

Pewnego dnia trójka dzieci zauważa na podwórku pandę. Ma ona na imię Tafla, przybyła na ich działkę goniąc za paasolką, którą porwał wiatr.
Tafla raczy dzieci opowieściami: o dzieleniu się ostatnią szatą, o tym, że szczęście i pech bardzo często występują w swoim towarzystwie i trudno je oddzielić, a także o zapominaniu o przeszłości.
Hm... Poziom egzaltacji Jona Mutha przekracza wszelkie założone przeze mnie normy. 
W przypadku tej książki nie dałam rady czytać spokojnie wydumanych, przekombinowanych treści, zrobił się z tego (za przeproszeniem) Paulo Coelho dla najmłodszych. Koszmarek.
Opowieści pandy to (jak zaznacza sam autor) pewien rodzaj medytacji zen, mającej skłaniać do analizowania życia, udoskonalania własnej intuicji, a także do trudnej sztuki panowania nad własnymi lękami, nawykami, a także pragnieniami.
Tego rodzaju bełkot jest podsumowaniem całości, wyłożonym w finale przez autora.

Cóż, nie jest to zupełnie mój rodzaj estetyki, pojmowania świata, a już w zupełności, nie pochwalam takiej formy podawania świata dzieciom/młodym słuchaczom. Zbyt to egzaltowane i sztuczne, aż skrzy się od rozbamboszenia. Jedna wielka pomyłka, nie ratują tej książki nawet ilustracje, w pewnym momencie autor i jego tezy są tak nieznośne, że zaczyna mi przeszkadzać nawet jego ilustratorskie oblicze.

wtorek, 23 lutego 2016

Jon J Muth - Trzy pytania. Na podstawie opowiadania Lwa Tołstoja [recenzja]

Chłopiec o imieniu Mikołaj bardzo chciał być dobrym człowiekiem, nie wiedział jednak jak to osiągnąć. Wymyślił więc, że gdy znajdzie odpowiedź na trzy nurtujące go pytania, wówczas dowie się jak postępować. W każdej sytuacji.
Skąd mam wiedzieć, że trzeba działać?
Kto jest najważniejszy?
Jak odgadnąć, co trzeba zrobić?
To właśnie na te pytania nurtowały człopca. Odpowiedzi na nie dostarczył mu żółw,  do którego zwrócił się o radę, a stało się to po akcji ratunkowej, jakiej organizatorem i głównym uczestnikiem był sam Mikołaj. 
Pamiętaj (...), że jest tylko jedna najważniejsza chwila, i że to jest zawsze teraz. Najważnieszą osobą jest ta, z którą właśnie jesteś. A najważniejsze zadanie to czynić dobro temu, kto stoi obok ciebie. 
Takie oto oczywistości serwuje młodym czytelnikom autor. Sugerował się on w znacznym stopniu opowiadaniem Tołstoja, w którym zamienił postać cesarza, szukającego odpowiedzi na nurtującego go pytania na małego chłopca, który radzi się swoich zwierzęcych przyjaciół.
Opowiastka z morałem, który dla gruboskórnych dorosłych będzie aż nazbyt trywialny i oczywisty, dla chłonących i poznajacych świat dzieci, będzie zaś odkryciem i pewną wskazówką do postępowania.
Jaka szkoda, że nie da się wrócić do dziecinnej niewinności i nieświadomości, może wówczas prawdy zawarte w książce tak bardzo by mi nie zgrzytały. Popsułam się na starość, ot co.

niedziela, 21 lutego 2016

Sylvia Plath - Garnitur na każdą okazję [recenzja]

Max Nix miał siedem lat i był najmłodszym z siedmiu braci. Mieszkał wraz z rodziną w Winkelbergu, górskim miasteczku. Miał jedno największe marzenie - chciał posiadać garnitur, jednak nie taki zwykły, do pracy (czyli codzienny), nie ślubny (elegancki), tylko uniwersalny, na każdą okazję, co wzbudzałoby zachwyt i zadziwienie u wszystkich.
Pewnego dnia w domu pojawia się tajemnicza przesyłka, a w niej wełniany, nowy, musztardowożółty garnitur. 
Splotem okoliczności staje się on własnością Maxa. Okazuje się, że jako jedyny ma on odwagę nosić tak ekstrawagancki i rzucający się w oczy strój. Co więcej, od czasu, gdy wkłada garnitur, jego życie ulega polepszeniu, zyskuje podziw i akceptację. Wszystko co robi, jest lepsze, bardziej precyzyjne i dokładniejsze, jakby strój dodawał mu animuszu.
Lekcja dla czytelnika opiera się więc na założeniu, że trzeba mieć odwagę, by być sobą, ale też wyróżniać się pracowitością, działaniem, i mieć tyle siły, by realizować własne marzenia (bo wówczas mają szansę się spełnić), pomysły i plany.
Ozdobą książki (poza nazwiskiem autorki) są lekko niedbałe, mocno nasycone kolorystycznie ilustracje Agnieszki Skopińskiej, dobrze komponujące się z narracją.

wtorek, 2 lutego 2016

Paweł Beręsewicz - Czy wojna jest dla dziewczyn? [recenzja]

Jest koniec sierpnia 1939 roku. Kilkuletnia Ela słucha o w kółko o nadchodzącej wojnie, złych Niemcach, konieczności przygotowywanie pocisków, obronie. Nie martwi się tym jednak zbytnio, ponieważ ma najsilniejszego w świecie tatę, który poradzi sobie z każdym, nawet ze złym Niemcem
Rodzice starają się chronić swoją jedynaczkę przed okropnościami wojny, jednak na niewiele to się zdaje. Tata (przedwojenny wojskowy) w końcu musi uciekać z Warszawy, ukrywać się przed gestapo. Mama lekarka, ma coraz więcej pracy w szpitalu. Ela doświadcza bombardowań, jest świadkiem wizyty gestapowców, wreszcie trafia na dyżur szpitalny mamy, gdzie widzi ból i strach i cierpienie.
Na swój dziecinny sposób próbuje radzić sobie z nową rzeczywistością, dlatego też najście gestapo porównuje do złego wilka z Czerwonego kapturka, prze którym nie można zdradzić prawdy.
Gdy pewnego dnia zostaje ona wciągnięta do małej konspiracji również ćwiczy się w dotrzymywaniu tajemnic, przecież teraz ma poważne zadanie - walczy z okupantem.
Książka inspirowana jest losami Elżbiety Łaniewskiej, której historię można przeczytać na ostatniej stronie książki.
Sama opowieść fabularna jest w przemyślany i łagodny sposób ułożona tak, by młody czytelnik mógł poznać realia, przemyślenia oraz zadania jakie stawały przed ówczesnymi dziećmi.
Perspektywa dziewczynki, która opowiada własną historię sprawia wrażenie prawdziwej, łatwiejszej do uwierzenia, zaakceptowania. 
Całości dopełniają ilustracje, które jednoznacznie przedstawiają nazistów, jako niewyraźne postaci rysowane czarną kredką. Dystans i różnica między złymi a dobrymi podana zostaje nie tylko w słowach, ale też w grafice.
Książka trafnym pomysł na zaznajomienie dzieci z okupacyjnym horrorem. Zarówno forma, jak i treść są odpowiednie dla młodszych dzieci.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Jarosław Iwaszkiewicz - Kocia książka [recenzja]

Kocią książkę ratuje talent ilustratorski Alicji Rose. Zasadniczo zmieniłabym kolejność nazwisk - na powiększenie zasługuje nazwisko graficzki, Iwaszkiewicza wrzuciłabym pod tytuł z małym dopiskiem: tekst J. I.
Zupełnie nie rozumiem potrzeby wydawania każdej nieznanej/zaginionej/wyszperanej z otchłani czasu próby literackiej wielkich autorów. Kocia książka zdecydowanie oddaje mój brak zrozumienia. Iwaszkiewicz wraz z córkami stworzył (zapewne na domowy użytek) książeczkę spisaną w zeszycie, opatrzoną własnymi ilustracjami.
Jej bohaterką była kotka Bukasia, która wraz z Iwaszkiewiczami mieszkała w Kopenhadze.
Ta książeczka ma kilka składowych: są tu anegdotki, rodzinne powiedzonka, krótkie opowiadanie, a także wycięte z ówczesnych gazet śmieszne ustępy, które niezawodnie cieszyły rodzinę, znajdując również miejsce w Kociej książce.

Najważniejszy jest tu pomysł edytorski. Poza przedrukowaniem fragmentów oryginalnej książki tworzonej przez ojca i córki, są też ich wyblakłe i zamazane ilustracje. Kunszt i talent Alicji Rose pozwolił na współgranie jej rysunków z tymi Iwaszkiewiczowskimi.
Intensywne kolory, techniki łączonej, collage, a także bardzo piękna kreska ilustratorki są jedynym sensownym wytłumaczeniem na powstanie tej książki.