niedziela, 22 listopada 2015

Paweł Beręsewicz - Pan Mamutko i zwierzęta [recenzja]

Ciepła, miła, nieśpieszna opowieść o mieszkańcu przedmieść Sianoka. Nazywa się on pan Mamutko, ma żonę panią Mamutkową. Posiada też wielką pasję, jaką są zwierzęta.
Szczyci się on tym, że potrafi porozumieć się z każdym zwierzęciem, a także jest bardzo biegły w zgłębianiu ich dylematów i trudności życiowych.
Kiedy więc zapragnął kupić sobie narożnik bez wahania udał się do sklepu prowadzonego przez byczka Fernando. Jakie nieporozumienia i zabawne efekty wynikną z tej przygody, dowiecie się czytając książkę.
Będzie jeszcze parę takich szalonych przygód, między innymi ta związana ze ślimakiem, czy też niesfornym psem. Ciekawa, a dla dorosłych przez chwilę (nim poznamy jej finał) mrożąca krew w żyłach jest historyjka o rodzinie gołębi, które zamieszkały na kominie, a tym samym zatkały ciąg wentylacyjny.
Każda kolejna opowiastka jest równie zabawna, czasem zaskakująca, a przy tym posługująca się nietypowy sposób, typowymi rozwiązaniami i faktami. Kto przeczyta ten zrozumie.
Pan Mamutko to barwna, zabawna postać, która postrzega świat w prosty, nieskomplikowany sposób, jakże różny od codziennych komplikacji.
Historyjki z morałem, ukryte przesłania, a co za tym idzie gładko  przyswajalna mądrość dla milusińskich. Lekko, łatwo i przyjemnie.

środa, 11 listopada 2015

Małgorzata Musierowicz - Feblik [recenzja]

Mimo wielkiego sentymentu, bezkresnego przywiązania i sympatii do bohaterów Jeżycjady, tym razem nie jestem ni zachwycona, ni olśniona. Wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie (bardzo możliwe, że jest ono mylne), że autorka jest już zmęczona. Polega na swoich stałych rozwiązaniach (gwoli ścisłości dodam, że wcale nie są złe), jednak w dwudziestym pierwszym tomie Jeżycjady przestają być wystarczające. Kalka zachowań, emocji, pomysłów na scenografię, relacje między bohaterami zaczyna być nudna. Myślę sobie, że przemawia przeze mnie tęsknota za siostrami Borejko, których dziecięce i nastoletnie perypetie uwielbiałam, teraz, gdy czytam o nich jako pokoleniu zstępującym robi mi się przykro, to nie one są już głównymi postaciami powieści. 
W Febliku ma swoje pięć minut szalona Ida, niedosyt jednak pozostaje.
Czepiam się, pewnie niezasłużenie, bo dla współczesnych nastolatek (o ile nie utonęły w gatunkach nagradzanych w amerykańskich kategorii Young Adult) ta opowieść będzie w sam raz, jednak stare wyjadaczki poczują pewne niezaspokojenie.
Można by tak długo i bez szczególnego skutku deliberować nad kondycją konceptualną pisarstwa Musierowicz, ale po co? Niech pisze, ja i tak każdą jej książkę kupię i przeczytam.
W Febliku na pierwszy plan wysuwa się Ignacy Grzegorz Stryba, który przeżywa miłosne rozterki. Akcja tej książki zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu w którym toczyła się poprzednia Wnuczka do orzechów. Mamy więc upalny sierpień 2013 roku. Borejkowie całą siłą okupują wiejski dom Patrycji i Baltony, gdzie chowają się przed wielkimi upałami, zajadając kolejne wariacje lodowych smaków produkcji Pulpy. W tym samym czasie Ida z Markiem pozostają na letnisku kilka wiosek dalej, zaś Ignacy kursuje między Poznaniem a rodziną, po drodze natrafiając na dawną gimnazjalną koleżankę, Agnieszkę. Wespół z nią przeżyje kilka przygód, wzbogaci się o kilka gorzkich doświadczeń, a przede wszystkim uzyska odpowiedzi na nurtujące go pytania.
A wszystko to w ciepłym i miłym borejkowym sosie. 
Na poprawę nastroju i dobry czas.
Jedno jest pewne, po każdej kolejnej premierze książek Musierowicz zaczynam od nowa czytać całą sagę. Idę zatem sięgnąć po Szóstą klepkę.

wtorek, 10 listopada 2015

Erich Kästner - Pan Michałek z pudełka od zapałek [recenzja]

Po pierwsze ilustracje - urocze, niedzisiejsze, a przez to modne i pociągające.
Po drugie historyjka o Michałku, synu sławnych mikrusowatych akrobatów, których zwodniczy wiatr zwiewa pewnego dnia z wieży Eiffle'a. Michałek, który ma nie więcej niż pięć centymetrów wzrostu pozostaje w cyrku pod opieką profesora Hokusa - Pokusa, gdzie z dnia na dzień staje się swoistą gwiazdą. Jego największym marzeniem pozostaje tresura kotów, zaś codzienne wyzwania i zwykłe czynności stają się malowniczą i niecodzienną opowieścią.
Ta książka, ze względu na poziom abstrakcji najprędzej trafi do młodszych dzieci objętych już obowiązkiem szkolnym.
Przykład Michałka pokazuje, że wytrwałość, wiara we własne siły, a także odwaga mogą zdziałać cuda.
Michałek przez lata przywiązuje się do profesora, z którym zaczyna nawet występować w cyrku w bardzo popularnym numerze "Czarowały dwa Michały, jeden duży, drugi mały". Ponadto zamieszkuje jego apartamenta, nocując we własnym pudełek od zapałek, a także przesiaduje w profesorskiej kieszonce marynarki, skąd bezpiecznie i bez obaw obserwuje otaczający go świat.
Ich wspólna droga pokazuje, że niezależnie od wyglądu, charakteru, zawodu każdy może żyć szczęśliwie z poczuciem realizacji samego siebie, pod warunkiem, że utrzymuje przy sobie optymizm, dobry humor i wiarę w spełnienie marzeń. 
Pouczająca i wesoła historia maleńkiego chłopczyka, który miał odwagę zdobyć świat.

środa, 4 listopada 2015

Anna Czerwińska - Rydel - Słońcem na papierze [recenzja]

To moje pierwsze spotkanie z autorką. Bardzo spodobał mi się pomysł transponowania biografii znanych ludzi na język dzieci, a raczej na ich wrażliwość i stan wiedzy.
Opowieść o Kornelu Makuszyńskim jest bardzo wdzięczna i pełna uroku. Autorka traktuje pisarza jak słonecznego chłopca i na każdym kroku pokazuje jego animusz, dobre serce, wesołe usposobienie. 
Język opowieści stylizowany jest na ten współczesny Makuszyńskiemu, sam jego styl w pewnym stopniu nawiązuje do tego reprezentowanego przez autora "Szaleństw panny Ewy".
W króciutkich, skondensowanych rozdziałach zawiera autorka szczególne momenty w życiu Makuszyńskiego: pożar miasta, perypetie szkolne, biedę studencką, początki pisarskie dla dorosłych oraz pierwszy sukces prozy dziecięcej, narty ofiarowane Marusarzowi.
Poprzez zwięzłość, soczystość języka, a także esencjonalne fakty z biografii pisarza książeczka ta staje się świetnym sposobem na przypomnienie/poznanie/odczarowanie/itp, postaci tego odchodzącego w zapomnienie pisarza. 
Archaizmy występujące w książce są zaletą, która ubarwia całość, tworzy bardzo przyjemny nastrój, a przy tym pokazuje (niegdysiejsze) bogactwo polszczyzny, daje obraz tego, jak można mówić, zachowywać się.
W zasadzie same zalety. Podobnie rzecz ma się z szatą graficzną - niedzisiejszą, z przygaszonymi kolorami, serdecznością i nostalgią.
Świetna książka, doskonała propozycja zarówno dla tych, którzy dopiero poznają pisarstwo Makuszyńskiego, jak i dla tych, którzy po lekturze "Słońce na papierze" zaraz pobiegną do wypożyczalni po "Koziołka Matołka" czy "Awanturę o Basię".

środa, 28 października 2015

Rose Lagercrantz, Eva Eriksson - Moje szczęśliwe życie [recenzja]

Bardzo przyjemna, pogodna opowieść o optymizmie i ciepłym podejściu do życia.
Pierwszoklasistka Dunia nie może zasnąć. Postanawia zatem wspominać wszystkie szczęśliwe chwile, jakie przytrafiły się w jej życiu.
Jest więc reminiscencja pierwszego dnia w szkole, nauka pływania żabką, poznanie klasowej koleżanki Fridy, która szybko stała się Duni przyjaciółką.
Małe rzeczy, małe szczęścia, ale jakże przenikliwe i mądre są odczucia dziewczynki,
W każdej sytuacji doszukuje się ona czegoś, co poprawi jej nastrój, spowoduje, że życie będzie kolorowe, piękne i warte zachodu.
Zdarzają się Duni smutki i trudne momenty, jednak życiowe credo wynosi wszystko ponad zwyczajność.
Ta książka to idealna lektura dla rodziców dzieci, jak i samych maluchów, które zaczynają swoją przygodę  z edukacją. Sama historia, problematyka, a także osnowa wydarzeń bardzo dobrze wpasowują się w nurt przypowieści o tym jak być powinno i co zrobić by to osiągnąć, a przy tym czcionka i objętość książeczki powodują, że dzieci mogą same czytać tę książkę i traktować jako jedną z pierwszych samodzielnie poznanych książek.
Wielkim atutem Mojego szczęśliwego życia są ilustracje, które nie dość, że doskonale wpasowują się w nastrój wyczarowany przez autorkę, to jeszcze dodają mu kolorytu i głębi.
Tak książka nie nauczy nas jak być optymistami, ale wskaże jak wiele korzyści płynie z takiej postawy, poprawi nam humor, a przy okazji może nauczy czegoś milusińskich.
Książka doskonała nie tylko do samodzielnego czytania, ale także do wspólnej głośnej lektury.

poniedziałek, 26 października 2015

Roskana Jędrzejewska - Wróbel - Kamienica [recenzja]

Oto sposób na przemycenie dzieciom treści uniwersalnych, ważkich w sposób zupełnie nienachalny, a zapewne skuteczny.
Mamy oto kamienicę Pod Świńskim Kopytkiem, gdzie znajduje się cała galeria mieszczańskich świń. Wszyscy oni są akuratni i aż nazbyt tradycyjni. Źle wpływa na ich samopoczucie niebanalność i niekonwencjonalność.
Dlatego też z dużą dozą nieufności traktują Lucjusza, swego samotnego sąsiada, który wcale nie cierpi i nie uskarża się na życie w pojedynkę. 
Kiedy zaś w Lucjusza trafia strzała Amora i kamienica zyskuje nową lokatorkę, dekoratorkę wnętrz, Klarę, stają się oni jeszcze bardziej zadufani i pryncypialni.
Jej fantazja, kreatywność, umiłowanie życia przynoszą wiele nieporozumień, dąsów i lamentów.
Jak skończy się opowieść o barwnej parze świnek, którym coraz trudniej żyć w zachowawczej kamienicy?
Autorka poprzez bardzo mocno przerysowane świńskie figury opowiada jak ważna i cenna jest odmienność i inność. 
Stara się nauczyć czytelnika akceptowania wszystkich takimi jacy są. Pokazuje, że nieszablonowe podejście do świata, życia i innych jest cenne i wzbogacające.
Jakkolwiek nie podobała mi się narracja, język i sposób prowadzenia opowieści, bardzo doceniam temat jaki podjęła autorka, ciesząc się, że trudne i niewygodne wątki są poruszane w literaturze dziecięcej.

piątek, 23 października 2015

Brigitte Krautgartner - Tajemnica srebrnych kielichów [recenzja]

Hmmm...
Nie jestem entuzjastką powiastek detektywistycznych dla dzieci. Skąd to wiem? Bo właśnie przeczytałam pierwszą moją lekturę w tym gatunku. 
Kompletna porażka pod względem fabuły, tempa, rozwiązań akcji. Nic tam nie gra. 
Stagnacja i nuda na jaką wielokrotnie cierpi główna bohaterka udziela się również czytelnikowi, dla którego kolejne ożywienia akcji spowodowane przechadzkami  czy podejrzeniami Kiki wcale nie ratują sytuacji. 
Wakacje, mała dziewczynka Kiki przyjeżdża do uroczego górskiego miasteczka, gdzie siedzibę ma zakon benedyktyński, którego opatem jest brak jej matki. 
Wujek Nick z przykrością informuje swą ulubioną siostrzenicę, że nie będzie w stanie zapewnić jej tak wielkiej uwagi o jakiej myślał, a wszystko to przez zuchwałą kradzież jaka zdarzyła się w klasztorze.
Ktoś ośmielił się zrabować cenne srebra ołtarzowe z przesławnego zbioru Lementium.
Policja jest bezradna, opat całe dni spędza na komisariacie, a Kiki z nudów zaczyna szukać śladów, które pozwolą jej odkryć, kto stoi za tą paskudną kradzieżą.
Tropiąc złodzieja poznaje regułę zakonną, dowiaduje się kilku ciekawostek z klasztornego życia, a także pozna nowych, ciekawych ludzi.
Cóż. Jest to pierwsza książka z serii przygód rozwiązującej zagadki Kiki. Dla mnie na pewno też ostatnia. Nic ciekawego.

czwartek, 22 października 2015

Dorota Terakowska - Władca Lewawu [recenzja]

Na początek przestawcie się literalnie. O co chodzi? O pisanie wspak nazw własnych i imion. Czym jest Lewaw? No, właśnie... Kiedy Bartek jest Bartkiem, a kiedy Ketrabem? 
Wszystko zależy w której krainie przebywa. 
Trzynastoletni chłopiec wychowuje się w jednym z domów dziecka. Co jakiś czas ucieka na krakowską ulicę Skałeczną, gdzie kiedyś podobno mieszkał z rodzicami. Zanim oni zniknęli.
Przeczesując okolice Wawelu, w nadziei, że odnajdzie mamę, Bartek trafia do jaskini smoka wawelskiego, gdzie natrafia na tajemne przejście do równoległego świata. Do złudzenia przypomina on Kraków, tyle tylko, że bez samochodów zalegających na chodnikach, bez smogu, za to z bujną roślinnością, czystymi kamienicami. Wszystko to co wygląda pięknie na zewnątrz kryje w sobie mroczną tajemnicę, którą wkrótce zgłębi i nasz bohater. Okazuje się, że kraina Lewawu zamieszkiwana przez małych ludzi wyjątkowej urody i serca (Allanie) została opanowana przez złe moce Nienazwanego oraz jego armię pajęczaków, które terrorem i siłą panują nad miastem.
Chłopiec postanawia uwolnić mieszkańców od tyrana, zaczyna wcielać w życie swoje pomysły, które nie miałyby szansy na realizację, gdyby nie wielkie waleczne serce Bartka.
Terakowska używając metafor, pokazuje dzieciom jak straszne są rządy tyranów, jak wiele szkód czyni polityka zastraszania i terroru, jak wiele trzeba mieć odwagi, by stanąć (w pojedynkę) przeciw całemu światu, który bojąc się kar, pozwala na nieludzkie traktowanie.
Allanie ulegli manipulacjom Nieznanego, ten szybko sprowadził na nich ogromne, przerażające pajęczaki, które sieją ogromny postrach i powodują całkowite posłuszeństwo. Życie w strachu, bez perspektyw jest dla chłopca nie do przyjęcia, więc postanawia walczyć o wolność.
Bardzo pouczająca lektura dla starszych dzieci, które mają już pojęcie o przenośni, potrafią znaleźć odniesienia w rzeczywistości. 

środa, 21 października 2015

Roald Dahl - Charlie i fabryka czekolady [recenzja]

Głównym bohaterem książki jest bardzo biedny chłopiec, Charlie Bucket. Mieszka on wraz z mamą, tatą (jedynym żywicielem rodziny) oraz dwiema babciami i dziadkami, która to czwórka seniorów całe dni spędza w łóżku, zakopana po szyje w kołdrach.
Ich domek mieści się na przedmieściach, jest już niemal ruiną, ale rodziny nie stać na nic innego, co gorsza, coraz częściej w oczy zagląda im głód. Nastaje zima, a biedni Bucketowie nie mają nawet porządnych ubrań wierzchnich, które ochroniłyby je przed zimnem.
Charlie ma bardzo skromne marzenia, najbardziej na świecie chciałby zjeść czekoladę, na którą, z wiadomych względów, nie może sobie pozwolić. Dodatkowe katusze powoduje u niego bliskie sąsiedztwo... fabryki czekolady, przesławnego, ale i bardzo tajemniczego pana Willy'ego Wonki.
Pewnego dnia właściciel fabryki ogłasza, że zaprosi do zwiedzania obiektu piątkę dzieci, które znajdą w jego czekoladkach złote bilety. Na każdego ze szczęśliwców będzie też czekała inna niezwykła nagroda.
Traf chce, że jeden ze złotych biletów trafia do Charlie'go.
Tym sposobem spełnia on swoje marzenie, ale przede wszystkim przeżyje przygodę życia, ponieważ fabryka pana Wonki nie jest zwyczajną, pospolitą fabryką słodyczy...
Ta książka będzie niezwykłą przygodą nie tylko dla dzieci, ale też dla dorosłych. Magiczna, nieprawdopodobna, pełna niezwykłych rozwiązań i mocnych akcentów opowieść.
Ważne jest tu przesłania, które uwypukla rolę szczęśliwej, kochającej się rodziny, pokazuje, że pieniądze i pozycja wcale nie są najważniejsze, a co gorsza, to kompletnie ulotne fragmenty rzeczywistości. Kupcie zatem kawał dobrej czekolady, usiądźcie całą rodziną i po kolei czytajcie o tym, jak wiele korzyści płynie z bycia w tej podstawowej komórce społecznej. W rodzinie siła!

niedziela, 18 października 2015

Anna Onichimowska - Duch starej kamienicy [recenzja]

Pobłądziłam. Oceniłam książkę po tytule, nawet nie po okładce. Wstyd. 
Wyobrażałam sobie ten czarny, popsuty fotel z okładki, małego, ubranego w powyciągany czerwony sweter duszka i nie wiedzieć czemu zapragnęłam tonacji podobnej do Opowieści z Narnii, czy innych tajemnych światów. 
A tu zaskoczenie. Mamy wesołą, prostą opowieść o Maciusiu, małym duszku porzuconym przez rodziców i brata (bo nie umiał straszyć, przestał rosnąć i w ogóle nie wygląda na przerażającego, pohukującego łańcuchami ducha).
Na strychu kamienicy spędza ona czas na obserwacjach mieszkańców, podkrada się czasem do mieszkania dozorczyni, by podjadać jej zapasy, przyjaźni się z kotem (Prot IV) i sroką (Wiesławą), a także walczy z samotnością i kompleksami.
Autorka poprzez tworzenie adekwatnych sytuacji pokazuje, że zyskanie akceptacji i przyjaciół jest możliwe w każdym przypadku, podobnie z pozbyciem się kompleksów, wystarczy, że znajdą się postaci, które sprawią, że poczujemy się wyjątkowi i niepowtarzalni.
Przeżyjmy więc z Maćkiem przygody z mrówkami faraona, poznajmy mieszkańców kamienicy: uroczą Agatę, która w wannie hoduje wieloryba, Jarka i Marka, dwóch psotnych bliźniaków, a także rodziców głównego bohatera, którzy pojawią się w pewnym momencie, by zmienić jego życie, pytanie tylko, czy im się to uda...
Wesoła, zabawna opowieść, jednak nie w moi stylu, przeczytałam ją bez zachwytów, podejrzewam jednak, że dla wielu uczniów nauczania wczesnoszkolnego ta książka będzie przygodą.

piątek, 16 października 2015

Jadwiga Korczakowska - Bułeczka [recenzja]

Rozkoszna, cieplutka i milutka książeczka. Bardziej dla dziewczynek, choć może to krzywdzące stwierdzenie...
Korczakowska potrafiła stworzyć czarowny świat małego świata, małych społeczności, gdzie ludzie żyją w prosty sposób, poruszają się w nieskomplikowanych relacjach, wszystko to idealnie pasuje do opowieści, którą zaproponowała autorka. 
Mamy oto urocze (niegdyś) dolnośląskie miasto, zwane potocznie Jelenią Górą w czasach, gdy jeszcze kursowały tam tramwaje (jaka szkoda, że już ich nie ma). W uroczych okolicznościach przyrody, we wspaniałym wielkim mieszkaniu z przynależnym mu ogrodem mieszka sobie kilkuletnia kapryśna i niemożebnie rozpieszczona Wandzia, która wciąż przyprawia o ból głowy swoją cierpliwą, acz oschłą opiekunkę (a zarazem gospodynię domową) Małgorzatę.
Życie płynie jej na kolejnych katarkach, marudzeniu, niechęci do jedzenia i ciągłym narzekaniu. Ojciec Wandzi zapracowany w hucie, matka też wciąż nieobecna, bo pracująca z teatrem w Koszalinie. To w jakimś stopniu tłumaczy marudną Wandę. 
Życie całej rodziny zmienia się radykalnie, gdy dołącza do nich daleka krewna, osierocona dziewczynka, Bronia, potocznie zwana Bułeczką.
Ciepła, pyzata, otwarta i wiecznie zadowolona mała kobietka staje się dla Wandzi nie tyle wyzwaniem co obiektem nietłumionej zazdrości. Jak wiele kłopotów i perypetii przysporzy to podłe uczucie, jak wiele konsekwencji przyniesie! 
Na szczęście Korczakowska nie daje czytelnikowi zwątpić w dobre serce i potęgę prawdy i skromności. 
Urocza historia, pouczająca, z morałem, ale przede wszystkim z zachwytem nad Bułeczką, która jest spełnieniem marzeń każdej dziewczynki o przyjaciółce idealnej.

sobota, 12 września 2015

Tina Oziewicz - Pamiątka z Paryża [recenzja]

Bardzo ładne wydanie, a sam pomysł na fabułę prosty i chwytny.                              
Okazuje się, że po ponad stu dwudziestu latach istnienia Wieża Eiffla dojrzała na tyle by.... rozsiewać nasiona.
Z tego tytułu życie Paryża kompletnie się dezorganizuje - zewsząd wystają żelazne pręty, które znaleźć można na dachach, balkonach czy chodnikach. Jaka jest geneza ich powstawania? Tina Oziewicz przeprowadza czytelników przez ten tajemny proces.
Niesamowita historia, wspaniały zalążek fabuły, a jakie pole dla wyobraźni! Młody czytelnik ma doskonały bodziec do kreowania rzeczywistości, upiększania jej, do określenia architektonicznych typów i sympatii, a także zwrócenia uwagi na przestrzeń wokół siebie - jej zagospodarowanie, zabytki, budynki, sławne miejsca.
Ileż wiedzy, radości, konceptów daje ta książka!
Oczywiście zaporą jest wiek odbiorcy - ten stopień myślenia abstrakcyjnego wymaga czytelnika mogącego pochwalić się co najmniej siedmioma czy ośmioma wiosnami.
Intrygujące ilustracje autorstwa Jacka Ambroziewicza wymagają uwagi i dalekie są od dziecięcych słodkich malunków. Tu króluje czarna kreska i zdecydowane, mocne barwy.
Pamiątka z Paryża to sugestywna, dająca możliwości interpretacyjne i imaginacyjne opowieść, dla której kanwą był nienazwany obraz Wilhelma Sasnala.
     

niedziela, 6 września 2015

Marcin Brykczyński - Różowy Prosiaczek [recenzja]

Bardzo przemyślana, mądra książeczka w której stanowczo za dużo jest pastelowych kolorów. Żaden to poważny zarzut, jednak dla mnie jest to pewna przeszkoda - ten blady różowy, rozmywający się i ledwie widoczny Prosiak drażni. Na niektórych stronach również tekst potraktowany jest tym kolorem+ wyzwanie dla niedowidzących.
Ilustracje same w sobie są udane - zgrabny Prosiak, Bocian czy Baranek. Piękna łąka, wesołe, zabawne rybki. Kreska Joanny Olech i Marty Ignerskiej jest idealna dla dzieci, przyjemna, foremna, zapadająca w pamięć.
Z kolei historyjka jest wielce pouczająca. Mamy oto Różowego Prosiaczka, który wcale nie jest zadowolony z koloru własnego ciałka (swoją drogą trudno się dziwić...). Wyrusza więc w podróż po najbliższej okolicy, gdzie każde napotkane zwierzę prosi o radę w sprawie wyglądu. Kolejne rozmowy uświadamiają czytelnikowi jak ważne jest odkrycie piękna w sobie, uświadomienie sobie własnej wartości i niepowtarzalności, a także docenianie przyjaźni.
Prosiaczek wreszcie odnajduje spokój. Morał dociera do Milusińskich czytelników, pozostawiając w nich poczucie sprawiedliwości i spełnienia.

sobota, 5 września 2015

Michał Rusinek - Krakowski rynek dla chłopców i dziewczynek [recnezja]

Urocza książeczka pełna Rusinkowych rymów.
Autor oprowadza młodych czytelników przez wszystko to, co najbardziej krakowskie. Jest więc wierszyk o obwarzanku (sprytnie ukrywanym przez ilustratorkę na każdej kolejnej stronie), są Sukiennice, Rynek, a nawet przebrzydłe gołębie. 
Uroczy wierszyk dostał się kwiaciarkom, wdzięczne strofki trafiły pod pomnik Adasia.
W zasadzie czytanie tej książeczki jest jak niespieszny spacerek po Rynku, spacerek w miłym towarzystwie dowcipnego przewodnika mówiącego wierszem.
Całości dopełniają ilustracje Iwony Całej: wymyślone przez nią krągłe twarzyczki przechodniów, ciasne kamieniczki, majestatyczne Sukiennicze czy też Kościół Mariacki tworzą spójną całość z językiem Rusinka.
Moja córka miała przednią zabawę z oglądaniem poszczególnych stronic, malutkim paluszkiem dotykała kolejnych postaci i tworzyła im nowe życiorysy, opowiadając własne historie. Jest to najlepsza rekomendacja dla książki - gdy wyzwala w Maluchu kreatywne podejście do świata przedstawionego. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Eva Susso, Benjamin Chaud - Binta tańczy [recenzja]

Ta książka stała się ulubioną historyjką mojej dwuletniej córki. Przez całe wakacje, w każdej długiej podróży była z nami roztańczona Binta.
Feeria kolorów, zabawni bohaterowie, wesoła, optymistyczna kreską, która tworzy urocze postaci, a także proste, ale jakże urocze historyjki są istotą serii o Bincie, Lalo i Babo.
Mamy oto trzy książeczki, których bohaterami jest mama, tata, Lalo, Binta, Ajsza oraz najmniejszy osesek, czyli Babo. Warto wspomnieć też o psu, kurze i domku, które to występują w każdej książeczce.
Uczą one wymowy, wyrazów dźwiękonaśladowczych, a także utrwalają poszczególne wyrazy związane z rodziną, 
Moja córeczka zna tę książkę na pamięć, przewracając kartki mówi z pamięci kolejne fragmenty, zapisane na kartach, bardzo to urocze, i wcale się nie nudzi.
Binta jest roztańczoną, wesołą dziewczynką, otoczoną czułą, troskliwą rodziną. Dołączcie zatem do kolorowego świata wyjątkowych bohaterów i bawcie się dobrze!

piątek, 21 sierpnia 2015

Jerzy Broszkiewicz - Wielka, większa i największa [recenzja]

 Ika i Groszek to para przyjaciół z podwórka. Niestety dziś chyba nie spotyka się takich znajomości: wspólne spędzanie popołudni, opiekowanie się sobą nawzajem podczas wycieczek i rautów, w jakich biorą udział rodzice, wspólne wyjazdy pod opieką przyszywanych ciotek i wujków. Lata 60. były pod tym względem bardziej liberalne, pozwalały na więcej, dawały dzieciom większy kredyt zaufania, a także mniej możliwości co do ciekawego sposobu na spędzanie czasu wolnego, no bo co - podwórko, trzepak, gra w piłkę? Dzisiejsze straszliwe cybernetyczne możliwości są dla dzieci o wiele atrakcyjniejsze... W każdym razie jesteśmy świadkami trzech przygód, jakie będą ich udziałem. Niepoślednie miejsce w ich misjach zajmie też samochód, z pozoru rozpadający się opel, w którym tkwi niebywały potencjał...
Pierwsza przygoda dotyczy zaginięcia małego chłopca. Bohaterska para przyjaciół wespół z niesamowitym pojazdem ruszają na ratunek porwanemu malcowi.
Druga historia jest zdecydowanie większa, choćby ze względów geograficznych. Trzecia pod tym względem pobija wszelkie rekordy...
Ika i Groszek, dzięki swojej niezwykłej inteligencji i pomysłowości, potrafią wybrnąć z każdej sytuacji, z kolei  ich odwaga i przebojowość powodują, że łatwo trafiają na trop prawdy.
Bardzo przyjemna książka o przyjaźni, ale też poczuciu obowiązku, o małych radościach i tym co w życiu najważniejsze. Dla współczesnych młodych czytelników język może trącić myszką, zaś niektóre zachowania i wypowiedzi wydają się skostniałe, teatralne, ale przez lata kultura języka zmieniła się diametralnie.
Wielka, większa i największa przygoda młodych odkrywców wciąga od pierwszej strony, ciesząc oko i wyobraźnię czytelnika.

piątek, 26 czerwca 2015

Irena Landau - Ostatnie piętro [recenzja]

Bałam się tej książki. Opowieści z getta są tak straszne, że obawiałam się jak autorka poradzi sobie z przetransponowaniem ich na historię dla dzieci.
Dodatkowym utrudnieniem jest bohaterka, jest nią mała dziewczyna, Cesia.
Jej wielkim nieszczęściem jest czas, w którym musi żyć. Wybuchła wojna, szczęśliwa i kochająca się rodzina Cesi trafia do getta. Pewnym ludziom nie podoba się ich pochodzenie, muszą znosić poniżenie i głód, bo tak zadecydowano gdzieś daleko.
Kiedy sytuacja w getcie stała się bardzo niebezpieczna i zasadniczo widać już było czym się to wszystko skończy, przenikliwi i kochani rodzice Cesi postanowili znaleźć jej miejsce po aryjskiej stronie Warszawy. Dzięki znajomościom dziewczynka trafia do wysokiej kamienicy na Pradze, gdzie przed wojną mieszkali znajomi rodziców dziewczynki.
Od tej pory ukrywa się w ich mieszkaniu, pamiętając, że w razie niespodziewanej wizyty musi wejść do przemyślanej i bardzo ciasnej skrytki, gdzie czasem spędza długie, nudne godziny. Przez cały czas pobytu u państwa Ródyckich, Cesia nauczyła się być niewidzialną i bezszelestną. 
Bardzo często się nudzi, bardzo często się boi, że prawda o niej wyjdzie na jaw. Wokół tylu strasznych ludzi, którzy tylko czyhają na fałszywy krok, by móc wydać żydowską dziewczynkę i zyskać nagrodę. Popłoch, bojaźń i tęsknota za rodzicami, wspomnienia dawnych, cudownych lat kształtują osobowość dziewczynki. 
Jak potoczą się losy Cesi? Czy uda się jej doczekać końca wojny w bezpiecznej i przyjaznej kryjówce?
Warto dodać, że każda z postaci stworzonych w książce ma swój pierwowzór w rzeczywistości. Fakt ten powoduje, iż opowieść jest niezmiernie poruszająca i wstrząsająca.
Jest też napisana łagodnym językiem, który będzie przemawiał do młodszych odbiorców, bez obawy, że lektura zgotuje im traumę. Mądra, wyważona książka, która sugestywnie, acz delikatnie podaje straszną wojenną prawdę.

czwartek, 18 czerwca 2015

Bohdan Butenko - Wesoła gromadka [recenzja]

Zdębiałam. Przejrzałam, przeczytałam i osłupiałam.
Dla kogo jest ta książka, bo na pewno nie dla dzieci. Dla dorosłych lubiących rymy, dla miłośników makabreski umiejscowionej w dziecięcych dekoracjach? Czuję niesmak, w głowie szaleją pytania o sens powstania tej książki.
Jedyny plus to wspaniałe stare fotografie, na których upozowane rodziny, dzieci, przypominają, że kiedyś był stary, monochromatyczny świat.
Tyle dobrego.
Nie śmieszy mnie historia chłopca, któremu za karę (lubił ssać palec) krawiec ucina palce dłoni, nie bawi rymowanka o dziewczynce, która bawiąc się zapałkami dokonuje samospalenia, nie widzę nic zabawnego w opowieści o dzieciach, które toną w studni.
Milusińskim strach to pokazywać (czarno biała kreska Butenki uzupełniona jest momentami kolorem czerwonym, ale tylko wówczas, gdy dzieciom leje się krew z odciętych członków).
Bardzo lubię czarny humor, jednakże w tym przypadku jego wykorzystanie nie trafia w moje humorzaste orbity.
Nie przepadam za rysunkami Butenki, nie podobają mi się przestrogi dla niegrzecznych dzieci, które tu zamieszcza.
Cały pomysł bardziej przypomina zabawę dorosłych, którzy cieszą się, że mogą sobie powspominać dziecięce lata i odetchnąć z ulgą, że przeżyli je bez szwanku.
Absolutnie nie moja bajka, uciekam od tej książki z krzykiem (takim jak w czarnym humorze).

środa, 17 czerwca 2015

Gro Dahle, Svein Nyhus - Grzeczna [recenzja]

Co się dzieje z dzieckiem gdy jest zbyt grzeczne? Znika. Staje się niezauważalne. Nie tylko towarzysko, ale też fizycznie, po prostu wtapia się w tło, wnika w ścianę, traci głos, nie ma szansy nawet się poskarżyć mamie czy tacie, bo głos więźnie w gardle (grzecznemu dziecku przecież nie wypada krzyczeć!).
Taka przygoda spotyka właśnie naszą bohaterkę Lusię, która zawsze była akuratna, a może nawet jeszcze więcej: grzeczna, miła, zawsze wykonująca polecenia, wprost wymarzona córeczka. Do czasu aż znika.
Autorzy jednoznacznie dają znać, że trudne jest życie bez własnego zdania, czy wbrew sobie, Odwaga do wyrażania opinii, dbania w swój interes jest niezbędny do poważnego traktowania, do istnienia we współczesnym świecie.
Całości dopełniają początkowo słodkie, później coraz ostrzejsze obrazy, które zmieniają się wraz z Lusią. Bo Lusia idzie po swoje, postanawia zawalczyć o wszystko to na co nie miała odwagi, a co wpędziło ją do ściennego więzienia.
Mimo przekazów, które dotrą i do małego i do dużego człowieka, mimo ważkich tematów i umiejętności ubierania ich w wyważone słowa, nie jestem entuzjastką twórczości autorów. Daleka jest mi zarówno ich estetyka, jak i tematyka prac.
Książka ciekawa poznawczo, ale zdecydowanie nie chcę zapoznawać z tą twórczością mojej Córeczki, nawet gdy dorośnie na tyle, by móc to wszystko pojąć.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Gro Dahle, Svein Nyhus - Włosy mamy [recenzja]

Jak oswoić dziecko z depresją rodzica? Nie wiem. Autorzy tej książeczki postanowili użyć pewnej alegorii, by ten poważny problem łatwiej dzieciom zobrazować.
Mnie ta książka przyprawiła o ponury nastrój, nie tylko za sprawą sugestywnych ilustracji, ale też całego lęku jaki wprowadza Mama Emmy.
Mamy oto małą, śliczną dziewczynkę, która najbardziej na świecie kocha swoją Mamę. Pewnego dnia Mama nie wstaje rano, cały dzień płacze, śpi, poleguje w łóżku, nie podaje córeczce śniadania, a Emma jest bardzo głodna. Dziewczynka denerwuje się i złości, płacze i głośno manifestuje swoje niezadowolenie i strach.
Trafia w gąszcz pięknych włosów Mamy, które, choć  niedawno były długie i proste, naraz skołtuniły się i poplątały.
Próbując rozsupłać kołtuny natrafia na pewnego starca, który nie tyle pomaga jej wygładzić matczyną fryzurę, co robi to za nią. Po jakimś czasie włosy zostają rozczesane, Emma ma z powrotem swoją wspaniałą Mamę, jednak nie na zawsze, ponieważ włosy znów mogą się rozwichrzyć.
Proste, prawda? Jednocześnie głębokie, mocne, a także bardzo obrazowe. Nastrój książki jest jednak dojmujący, smutny, zważywszy na temat - akuratny.
Autorzy znaleźli naprawdę trafny sposób na przedstawienie tak złożonego problemu. Jak trudno jest znaleźć oszczędny, a jednocześnie celny przekaz tego, co wciąż pozostaje dla większości tematem tabu. Wielka sztuka, tu się udała, a, że minorowy nastrój nie jest mi najbliższy, trudno, tę książkę należy poznać.

wtorek, 2 czerwca 2015

Lucy Maud Montgomery - Błękitny Zamek [recenzja]

Uwielbiam tę książkę! Trudno, nie mam już piętnastu lat (na szczęście), ale gdy sięgam kolejny raz po Błękitny Zamek, mój poziom ekscytacji jest taki sam jak wtedy, gdy czytałam ją pierwszy razy (czyli wtedy, gdy byłam piętnastoletnim zahukanym stworzeniem w za dużych brązowych sztruksach i długich włosach, które kryły mnie przed światem).
Wtedy odbiór był nieco inny, dziś, patrzę na książkę bardziej sentymentalnie, wtedy, traktowałam Błękitny Zamek jak manifest i... obietnicę: marzenia się spełniają, miej tylko odwagę zmierzyć się z samą sobą!
Skąd takie konstatacje?
Otóż główna bohaterka (w starym wydaniu Joanna Stirling, w nowym Valancy Stirling) ma 29 lat, mieszka z matką i ciotką (sama nie wiem która z nich jest gorsza), wciąż porównywana jest do ładniejszej i bardziej obiecującej kuzynki, sama zaś spisana na straty przez rodzinę, zaczyna wierzyć we wszystkie złe słowa, które wciąż roztacza nad nią koszmarna rodzinka.
Jednym jej ratunkiem jest ucieczka w krainę marzeń, która nazwała Błękitnym Zamkiem, miejscem, gdzie jest wymarzony książę, a życie jest pełne radości i dobrych chwil. 
Tąpnięciem i zwrotem w akcji, będzie dla dziewczyny list, jakie otrzymuje od lekarza. Okazuje się bowiem, że stan jej zdrowia jest fatalny. Informacja ta budzi w Joannie (to znaczy Valancy) odwagę. Postanawia ona być sobą, żyć w zgodzie z własnym sumieniem, odrzuca strach przed rodziną i wtedy się zaczyna...
Nie chcę zdradzać nic więcej, powiem tylko, że każda kolejna strona przynosi zaskoczenie, leje miód na duszę, prowadząc do dość nieoczekiwanego finału.
Lucy Maud Montgomery znakomicie sprawdza się w powieściach pensjonarskich, podnoszących morale, łagodzących obyczaje i poprawiających nastrój. Tutaj, stwierdzam z całą odpowiedzialnością, poszalała w tych kwestiach.
Wracajcie do Błękitnego Zamku, gdy tylko poczujecie się słabe, czy przygnębione. Po lekturze wróci wam życie. Efekt gwarantowany. Efekt uboczny też występuje: popadniecie w romantyzm, marzycielstwo i sentymenty.

sobota, 30 maja 2015

Astrid Lindgren - Lotta z ulicy Awanturników [recenzja]

Wyobraźcie sobie, że znowu macie pięć lat, jesteście niewyspani, wstaliście lewą nogą, przyśnił wam się nieprzyjemny sen (na przykład taki, w którym starsze rodzeństwo poniewiera waszą ukochaną maskotkę). Dzień na dobre się nie zaczął, a już jest stracony...
Podobne perypetie przezywa Lotta, bohaterka książki, która absolutnie nie robi na czytelniku (pierwszego) dobrego wrażenia.
Rozdrażniona dziewczynka wdaje się w mało przyjemną sprzeczkę z mamą, potem, chcąc dać upust narastającej wściekłości niszczy sweter. Przerażona własną śmiałością i niszczycielskimi skłonnościami postanawia uciec z domu. 
Tylko gdzie i jak? Ważne by było wygodnie, ciepło i miło. Co tu zrobić?
W zasadzie Lotta brnie w coraz większe kłopoty, każde jej kolejne słowo jest mocną deklaracją, niekoniecznie zgodną z prawdą, ale skoro powiedziało się A...
I tutaj zaczyna się lekcja dla dorosłych. Rodzice małej buntowniczki przystają na jej kolejne pomysły, akceptują wyprowadzkę, a w chwili zwątpienia i tęsknoty z otwartymi rękami wychodzą naprzeciw uciekinierce.
Zamiast traumy mamy happy end. Lotta na własnej skórze przekonała się czym jest rodzinne ciepło i troska. Po swej samodzielnej przygodzie doceniła najbliższych jej ludzi wraz z ich wadami i zaletami. Miłość i cierpliwość rodziców pozwoliła jej na dojście do samodzielnych wniosków.
Astrid Lindgren daje ważną lekcję dorosłym, bo według mnie morał płynie raczej w ich kierunku. Przeczytajcie, dowiedzcie się czegoś o sobie i swoich dzieciach, pamiętając, że każdemu (nawet Milusińskiemu) może zdarzyć się gorszy dzień.

niedziela, 3 maja 2015

Astrid Lindgren - Emil ze Smalandii [recenzja]

Twórczość Astrid Lindgren zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Po dziś dzień uwielbiam zaglądać do Dzieci z Bullerbyn, z rozrzewnieniem wspominam też szaloną Pończoszankę. Szwedzkie realia połowy XX wieku są tak różne od tego co znają dzisiejsze dzieci, że opowieści o mieszkańcach zagród, wiosek i miasteczek tego skandynawskiego państwa są pewną egzotyką.
Zresztą (ku mojej rozpaczy) współczesny młody czytelnik zaznajamiający się z codziennością bohaterów Lindgren musi przeżywać nie lada rozterkę - jak to bowiem? - dzieci biegają po lasach, jeżdżą konno, chowają się w drewutniach i stolarniach, wycinając drewniane figurki, miast siedzieć przed jednym czy drugim komputerem....
W każdym razie tęskniąc za czasami, gdy dzieci biegały po czystych podwórkach, zajadając pajdy chleba z cukrem, sięgam po Emila.
Lindgren z właściwym sobie humorem, obdarza swego bohatera całym zapasem łobuzerskich, chwackich cech: Emil to ciekawski pędziwiatr, sowizdrzał, który działa nie zważając na konsekwencje, co za każdym razem skutkuje wielką awanturą i współczującymi spojrzeniami sąsiadów, którzy szczerze litują się nad  rodzicami chłopca, którzy muszą stawiać czoła kolejnym jego występkom.
Pewnego razu doszło do tego, że empatyczni mieszkańcy okolicznych zagród zebrali pieniądze na bilet dla Emila do Ameryki, by choć tak odciążyć rodzinę.
Przygody chłopca są bardzo wesołe, w prosty sposób ukazują wiejską codzienność, ówczesne zajęcia ludności, pokazują też popularne rozrywki i sposoby na spędzanie wolnego czasu.
Wspaniała opowieść, niezwykłe przygody, ta lektura to sama radość, zarówno dla rodzica, jak i dla dziecka. 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Małgorzata Musierowicz - Szósta klepka [recenzja]

Uwielbiam Jeżycjadę! Kojarzy mi się z beztroskimi czasami dorastania, zakurzonymi półkami w bibliotece i ciągłym jej nawiedzaniu w poszukiwaniu kolejnych tomów poznańskiej opowieści.
Szósta klepka bez wątpienia należy do moich ukochanych książek dzieciństwa. Jest rok 1977. Poznań. Szesnastoletnia Celestyna Żak jest pełna kompleksów i żalu do świata o to, że jej życie jest bezbarwne i nijakie. Nie wie, że od kilku miesięcy jest obiektem westchnień Jurka Hajduka, skromnego kolegi z klasy, który wielu zaskoczy swoją bezkompromisowością i talentem do nauk ścisłych.
Celestyna ma barwną, wesołą rodzinę, na którą początkowo składają się matka rzeźbiarka, ojciec urzędnik, siostra artystka, dziadek, który cierpi z powodu przejścia na emeryturę, a także cichutka i skromna ciotka, która po rozwodzie zamieszkała w domu z wieżyczką wraz z niesfornym synkiem Bobkiem.
Poznajemy codzienne życie Celestyny, jej perypetie rodzinne, szkolne, obserwujemy zawiązywanie pierwszych przyjaźni, przeżywanie pierwszych miłości.
Ciekawe jest czytanie o Poznaniu tamtych czasów, zwyczajach rodzinnych, czy sytuacji młodych małżeństw, borykających się z problemami lokalowymi. Jakże inny, bogatszy i ciekawszy był wówczas świat, mniej wygodny, pozbawiony przebogatej oferty rozrywkowej czy też ubogi w produkty spożywcze, ale za to pełen serdeczności, częstych i żywych kontaktów międzyludzkich.
Musierowicz nie oddaje szerszej perspektywy czasów, nie dotyka polityki, idealizuje swoich bohaterów, co sprzyja pozytywnemu odbiorowi książki, pokrzepiającemu serce wydźwiękowi całości.
Gorąco polecam przeczytanie całej Jeżycjady, a już na pewno zapoznanie się z Szóstą klepką, uroczym początkiem poznańskiej historii.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Annelore Parat - Yumi [recenzja]

Książka do oglądania i do nauki. Dzięki Yumi poznacie kawałek japońskiej kultury.
Graficzne bogactwo tj książki rzuca na kolana, jej wysmakowanie, pomysł, a także rozmieszenie, zaaranżowanie ilustracji, rozwiązania techniczne są bardzo przyjemne do odkrywania przez czytelnika.
Poprzez zgrabne rozwiązania plastyczne płynie do nas wiedza o podstawowych, zupełnie elementarnych wiadomościach dotyczących kraju kwitnącej wiśni - pojawiają się przydatne zwroty, stroje, obyczaje, trudne imiona, zabawy, tradycyjne stroje, a nawet potrawy.
Wszystko to podane w bardzo wysmakowany sposób. Piękne połączenie kolorów, wzorów (prostota formy - wszak laleczka kokeshi to bardzo prosty szablon). Szata graficzna decyduje tu o odbiorze, jest bardzo wyrazista, absolutnie wygrywająca a przekazem słownym, ponadto lekka i nowoczesna, zupełni ujmująca. Ponadto Yumi to książeczka wymagająca współpracy z czytelnikiem, trzeba pomóc odnaleźć zaginioną przyjaciółkę, poruszyć latawce, dmuchać na pocięty papier itp. Wymagania współczesnego odbiorcy mocno rosną, ta książeczka mocno odnajduje się w trudnej teraźniejszości. 
Moją ukochaną książką dla dzieci jest Płaszcz Józefa (recenzja tutaj), stąd też wielka sympatia dla każdej innej książki prezentującej kulturę inną od naszej. Zawsze będę dopingować takim publikacjom, są wspaniałe, pouczające, otwierające na świat, dające dużo frajdy, przemycające w nienachalny sposób wiedzę o nieznanym. Ta książeczka zawiera w sobie same pozytywy! Zachęcam do czytania!

sobota, 28 marca 2015

Dorota Kassjanowicz - Cześć, wilki! [recenzja]

Książkę tę dedykowałabym dzieciom w późnym wieku podstawówkowym. Frasująca opowieść o rodzinnych smutkach zwykłych ludzi. Jest oto jedenastoletni Filip, wcale nierozpieszczony jedynak, toczy smutne, samotne życie. Zapracowany, wiecznie nieobecny ojciec, sfrustrowana, nieszczęśliwa, nienawidząca swojej pracy matka oraz zagubiony syn, który nie doświadcza rodzicielskiego ciepła ni zainteresowania.
Brak dobrych relacji między mężem i żoną, ojcem i synem, synem i matką, czy też matką i jej siostrą (ciotka Agnieszka, jedyna sensowna dorosła w tej opowieści) stanowią smutne tło książki.
I choć powieść kompletnie mi się nie podobała, to doceniam sam pomysł na pokazanie zagrożeń płynących z tempa i wartości dominujących we współczesnym świecie.
Jak mniemam, tytułowe wilki to właśnie alegoria tych zagrożeń. Czają się one nie tylko w nocy, atakują o każdej porze dnia, są bardzo podstępne i niewidoczne.
Chłopiec otrzymuje serce i życzliwość od ciotki Agnieszki, która nie zdrabnia jego imienia i nie pyta o byle co. Nakłania chłopca do pisania. Zaczyna on tworzyć własną opowieść o królestwie Metalkorfu, które to bez mała przypomina losy rodziny Filipa. Gdy skończona historia trafia w ręce matki coś się zmieni, jednak jak, na jak długo i w którą stronę pójdą jej odczucia już się nie dowiemy. Autorka pozostawia zakończenie otwartym, co wydaje mi się być jedynym mocnym akcentem w książce.
Sama fabuła jest snująca się, nudna (gra komputerowa, wizyta u ciotki i wspólne z nią gierki słowno - znaczeniowe, i tak w kółko). Doceniam przesłanie, ale to dla mnie za mało. 

czwartek, 26 marca 2015

Adam Jaromir, Gabriela Cichowska - Ostatnie przestawienie panny Esterki [recenzja]

Najsmutniejsza, najtragiczniejsza, najbardziej chwytająca za serce książka dla dzieci, z tej przyczyny ja mojemu dziecku nie przeczytam tej książki przez długie lata. Zbyt wiele zbyt mocnych, często niezrozumiałych dla dzieci emocji ona kryje.
Należy jednak podkreślić, że zarówno literacko, jak i graficznie jest ona na najwyższym poziomie (bardzo przypomina styl Iwony Chmielewskiej). Tematyka opowieści jest jednak tak dramatyczna, że nie sposób dzielić się nią z dziećmi. U dorosłego wywołuje wielkie poruszenie i napięcie, a cóż dopiero u dziecka...
Mamy oto maj 1942 roku, getto warszawskie. Wszędzie panuje terror, bieda, a przede wszystkim głód. Dodatkowo istnieje realne zagrożenie wywózką. Bardzo trudno w takich warunkach zachować spokój czy też odnaleźć w sobie siłę, by zadbać o wychowanków domu dziecka, W ramach odczarowywania strasznej rzeczywistości, odwrócenia uwagi od beznadziei sytuacji jedna z wychowawczyń ośrodka, panna Esterka proponuje wystawienie indyjskiej sztuki Rabindranatha Tagorego. Organizuje ona próby, dba o dekoracje i kostiumy, poprzez angażowanie dzieci w projekt pomaga im choć na chwilę oderwać się od strachu, dojmującego głodu. W tym czasie doktor Korczak przeczesuje getto w poszukiwaniu jedzenia, starych znajomych, którzy o nim pamiętają i (być może) mają jakiś datek na sieroty.
Myślą przewodnią staje się wyznanie czy raczej idea panny Esterki, że życie musi być piękne, nie zaś lekkie czy wesołe.
Ciężka lektura, wysmakowana graficznie, trudna historycznie, warta poznania.

środa, 25 marca 2015

Andy Stanton - Pan Guma i wielki pies [recenzja]

Co za gniot!
Sugerując się tym, że powstało kilka  następnych tomów zabrałam się za księgę pierwszą i osiągnęłam poziom żenady daleki od wszelkich dotychczasowych wyobrażeń. Niesłusznie myśląc, że skoro książka ma kilka kontynuacji, to na pewno jest ku temu rzetelny i mocny powód. Niestety, wcale nie! Pan Guma to jaskrawy przykład popularności książki pozbawionej zalet i wartości. Modne, lekkie, ślizgające się miedzy slangiem i językiem literackim określenia, ni to tworzą rzekomo zabawną (według mnie zawstydzająco - upokarzającą) całość, ni to szokują, ni to intrygują. Sama nie wiem co. Mój poziom oburzenia przysłania wszelkie dostępne wytłumaczenia powstania tej książki.
Wiem, że w pewnym wieku każde głupie słówko, blamaż itp. wyzwala w dziecku śmiech, jeśliby tym właśnie tłumaczyć popularność owej serii, to czas najwyższy załamać ręce. Toż to żerowanie na najniższych czytelniczych instynktach.
Mamy oto gnuśnego, leniwego, złego, okrutnego pana Gumę, który nie sprząta, nie dba o siebie, pije piwo i gapi się w telewizor (tu według zasad przyjętych w książce powinny nastąpić salwy śmiechu). Jedyna jego aktywność wymuszana jest przez wróżkę, która tłucze go po głowie patelnią, gdy ten nie dba o przydomowy ogródek. Ciężkie czasy nastają dla Pana Gumy, gdy jego podwórko upodoba sobie wielki pies. Wówczas zacznie się wojna podjazdowa. 
Głupota tej książki poraża, przestrzegam przed brakiem jakichkolwiek wartości, poza pustym śmiechem, jaki bez wątpienia ogarnie target, dla którego ów gniot powstał.
Zaambarasowana spuszczam na ową konfuzję zasłonę milczenia.

niedziela, 22 marca 2015

Grzegorz Kasdepke - Bon czy ton, savoir - vivre dla dzieci [recenzja]

Czytam tę książkę z moimi ośmioletnimi znajomymi i... są urzeczeni. Słuchają bez szemrania, śmieją się w strategicznych momentach, z zaciekawieniem śledzą kolejne perypetie bliźniąt, które dzieli 6 minut starszeństwa (ich imiona to Kuba i Buba). Jest też babcia Joasia, jej korny absztyfikant, pan Waldemar, mama, tata, a także ciocia i wujek (tu pojawia się pewna polska kontrowersja - posiadając dziecko, nie posiadają ślubu). Wszystkie to postaci są narzędziami do tego by zaprezentować czytelnikom podstawowe zasady dobrego wychowania, a tematy są różnorakie: od mlaskania, przepuszczania kobiet w drzwiach, po zachowanie w restauracji czy czytanie listów. 
Kuba i Buba w bardzo komiczny sposób pokazują na własnej skórze jak trudno w dzisiejszych czasach zaprezentować kindersztubę i (choć pozory!) dobrego zachowania. 
Doskonała książka dla takich własnie młodszych dzieci, które jeszcze nie przekroczyły dwóch cyfr na metrykalnym liczniku, ale zbliżają się doń nieubłaganie.
Szczerze gratuluję autorowi konceptu, gdyż utrzymanie i zachęcenie do słuchania ośmioletnich chłopców jest nie lada wyczynem. Ot, zna się autor na rzeczy.
Zgrabne, ciekawe, dowcipne sytuacje z życia codziennego, które znakomicie demonstrują zasady bon tonu, z pewnością, dzięki swojej lekkiej formule, będą zapamiętane i utrwalone w rozgorączkowanych, pełnych harców i psot dziecięcych głowach.
Książkę polecam wszystkim tym, którzy lubią czytać dzieciom, i którym niezbędna przy czytaniu jest uwaga słuchaczy.... W tym przypadku na pewno skupienie się pojawi. Kasdepke potrafi utrzymać uwagę, a co ważniejsze, w odpowiednim miejscy wywołać zdrowy, rześki, naturalny śmiech dziecka. Niesamowita sprawa!
Naprawdę świetna książka o zasadach dobrego wychowania, doskonała rozrywka dla całej rodziny!

Barbara Stenka - Masło przygodowe [recenzja]

Cóż za dziwna książka! Cóż za bohaterowie! Oto specyficzna rodzinka: Paweł Koniec, basista metalowej kapeli, ojciec rodziny. Marianna Koniec, miłośniczka TV Trwam, przygrywająca na gitarze w kościele, uwielbiająca masło w każdej konotacji matka trójki dzieci, do tego dokładamy owe latorośle: nastoletnie, hip - hopowe bliźnięta: Piotra i Grzesia oraz ich młodszą siostrę, a także narratorkę opowieści, Kasię. 
Najmłodsza potomkini Końców to skrajna hipochondryczka, która bezustannie mierzy sobie temperaturę ciała, chce zbawić świat, a przy okazji jak najwięcej czasu spędzić z tatą, który jawi się jej jako wzór i chluba. Z tym wspólnym czasem bywa kiepsko, ojciec często bywa w trasach koncertowych, pozostawiając dzieci pod opieką rozmodlonej matki, wciskającej w dzieci kanapki z wylewających się z nich masłem osełkowym, które co i rusz niszczy dziecięcą garderobę swą tłustą strukturą.
Kasia opowiada swoje życiowe perypetie: a to szkolne historyjki, a to szpitalne doznania (tu wmieszana w zabawną familiarną opowieść zostaje Eliza, dziewczyna doświadczająca przemocy domowej, wówczas cały luzacki ton milknie i trwożnie czeka na rozwój wypadków). Kasia to typ wojowniczki: stara się uchronić przed prześladowaniami tych, którzy są uciskani w klasie. Ponadto ubóstwia biologię, wprowadza więc w życie pewne kontrowersyjne eksperymenty, które mają zwiększyć jej entomologiczną wiedzę. Szczera, bezkompromisowa, pełna werwy i dobrych intencji Kasia przeprowadzi was przez nieoczywiste życie codzienne rodziny Końców, prezentując przy tym postawy i zachowania, które powszechnie przyjmowane są za pożądane i obowiązujące. Książka ta uczy i bawi, oswaja i zaznajamia. 
Dla mnie jednak nie jest odkryciem, nie będzie też historią, do której będę chciała wracać. Poza nieoczywistymi zawodami rodziców Kasi, książka ta nie ma dla mnie wabika, ni nie skradła mego serca. Nic nowego podane w odświeżonym opakowaniu. 

środa, 18 marca 2015

Miroslav Šašek - Oto jest Londyn [recenzja]

Cudowna podróż sentymentalna. Wspaniała książka dla dzieci, choć wydaje mi się, że więcej uciechy znów będą mieć dorośli.
Zgodnie z poleceniem zawartym na początku książki, cofnijmy się o pięćdziesiąt lat do brytyjskiej stolicy, gdzie przyjrzymy się zabytkom, codziennemu życiu i najbardziej jaskrawym symbolom Londynu.
Mgła, Big Ben, piętrusy, meloniki, zadymione puby, oto wizytówka Londynu. Mając na celu przybliżenie kultury i obyczajów brytyjskiej stolicy sięgnijcie po tę wspaniałą książkę.
Choć rysunki przedstawiają kompletnie nieaktualną wersję miasta, nie jest to żadnym problemem, wręcz przeciwnie - Londyn sprzed półwiecza ma w sobie wielki urok i czar. Zarówno przedstawione zabytki, sytuacje i ludzie potraktowane są dość stereotypowo, jednak z dużym humorem i dystansem, co tylko umila lekturę.
Na pocieszenie dla porządnickich dodam, że na końcu książki są uaktualnienia dotyczące najbardziej strategicznych punktów opisywanych w książce.
Wspaniała podróż palcem po mapie, a raczej okiem po pięknych ilustracjach. Polecam gorąco jako lekturę do poduszki, na deszczowy dzień, a przede wszystkim książkę do wracania, smakowania, częstego zaglądania i odkrywania wciąż nowych smaczków.

czwartek, 12 marca 2015

Dubravka Ugrešić - Domowe duchy [recenzja]

Ta książka to ilustracyjna uczta! Można patrzeć, zachwycać się, delektować, wracać, opowiadać, wspominać, wznów wracać, i tak bez znudzenia wciąż i wciąż. 
Choć większość czytelników skusi nazwisko Dubravki Ugrešić, to dla mnie absolutną faworytką tandemu jest polska rysowniczka. Jej wyobraźnia, kompozycja, staranność, rozwiązania są trafione w punkt. Najjaśniejsza strona książki, absolutnie! Dodatkową atrakcję stanowi odszukiwanie inspiracji jakimi posiłkowała się Chmielewska. Są tu nawiązania społeczne, trochę historii sztuki, w obrazach ukryła też siebie, autorkę i tłumaczkę. Wieloznaczność, bogactwo treści, idei stanowią nie lada gratkę dla czytelnika.
Co do treści: autorka wzięła na warsztat pewną kamienicę w Zagrzebiu, gdzie prócz zwyczajnych lokatorów kryją się domowe duchy, mniej lub bardziej przyjemne. Niektórzy z mieszkańców godzą się na takie towarzystwo, inni zupełnie bezskutecznie z nimi walczą, rujnując tylko czas i nerwy. Jest więc Huncwot - domowy złodziejaszek, Gliglusie, uwielbiające łaskotać, śmierdzący Cuch, czy miłośnik elektrycznego prądu - Trybik.
Mimo iż opowieści są zgrabne i foremne, to według mnie cały czar polega na rysunkach. Młodsi czytelnicy bardziej zadowolą się słowami, starsi ulegną obrazom. Dla każdego coś miłego. Polecam.

wtorek, 10 marca 2015

Ian Ogilvy - Lichotek i Czarnoksiężnik [recenzja]

Mimo odpychającej okładki wnętrze kryje wiele przyciągających treści. Ten przebrzydły człowiek z okładki (o kształcie twarzy zbliżonym do księżycowego sierpa) to zły czarnoksiężnik, który zarówno fizjonomią, jak i charakterem idealnie wpasowuje się w gotyckie klimaty to Bazyli, prawny opiekun tej biedy znajdującej się w dole okładki (tj. Lichotka). Zły patron małego chłopca zagarnął jego pokaźny majątek, wszelkie prawa do wychowania, a nade wszystko postanowił pozbyć się uciążliwego wychowanka. Okazja szybko się nadarza, a my z zapartym tchem śledzimy kolejne perypetie znękanego chłopca.
Otóż największą frajdą Bazylego (poza straszeniem, prześladowaniem i zadręczaniem innych) jest imponująca kolejka, którą co i rusz rozbudowuje (za Lichotkowe pieniądze) na strychu. Dla chłopca spoglądanie na wagoniki, plastikowe figurki i pomniejszone krajobrazy jest jedyną życiową przyjemnością. Pewnego razu nasz mały bohater postanawia pobawić się kolejką. Droga do tej rozkoszy wiedzie go przez podstęp, który Bazyli szybko odkrywa. Za karę, za pomocą dmuchnięcia zmniejsza Lichotka do rozmiaru zabawek, które znajdują się na makiecie. w ten oto okrutny sposób sprawia, że Lichotek na zawsze już będzie mógł oglądać z bliska swoją ukochaną zabawkę. Pomniejszony chłopiec nie poddaje się, postanawia wykaraskać się z nieciekawej sytuacji, ba, udaje mu się nawet zyskać sprzymierzeńców! Opowieść o kolejnych krokach i pomysłach chłopca jest naprawdę ciekawa.
Kreatywność autorów książek dla dzieci od zawsze wzbudzała moje uznanie, szczególnie wtedy, gdy nie sięgają po wielkie abstrakcje, tylko budują historie na realnych, prostych rzeczach. Tak jest w tej powieści. Do tego wartka akcja, dowcip i luz, a nade wszystko ciekawość jak potoczy się los małego rozczochrańca, powodują, że ciężko oderwać się od tej opowieści.
Z chęcią sięgnę po inne książki z serii. Obcowanie z pomysłowością autora było dużą przyjemnością.

poniedziałek, 9 marca 2015

Isabel Abedi -Kraina duchów [recenzja]

Książka, która zjednuje sobie czytelnika już na początku. Oto grupa dzieci, pod opieką nauczycielki Kate, wybiera się do największego w Europie lunaparku. Choć niemal wszyscy najbardziej boją się wizyty w gabinecie grozy, to mimo trwogi cała wycieczka go odwiedza. Niestety, okazuje się, że z domu strachów nie wyjechał wagonik nr 13, w którym siedzieli Lorenzo i Dina. Dwójka bohaterów trafia do równoległego świata, Gravalonu, w którym mieszkają wszystkie mityczne stwory, duchy, wampiry wielkoludy itp. Trafiają tam dzięki interwencji młodego wampira i dziewczęcego ducha, którzy w ten sposób ratują życie naszym bohaterom. Okazuje się, że mieli oni być ofiarami czarnych diabłów, które powzięły sobie za zadanie wymazanie całego świata.
Wracamy teraz do lunaparku, gdzie zdenerwowana nauczycielka i wystraszona gromada ocalałych dzieci widzi jak z domu duchów wyłania się mały czarny diabeł z wiaderkiem i gąbką, którą to po kolei zmazuje napotkanych ludzi i przedmioty. Cała ferajna z krzykiem ucieka z lunaparku. Dina i Lorenzo zostają uznani za zaginionych.
Tymczasem nasi mali bohaterowie zostają wyznaczeni na ochotników, mających uratować nasz świat (oraz Gravalon) przed straszną mocą czarnych diabłów. Czeka ich po drodze moc przygód i wiele niesamowitych doświadczeń.
Kraina duchów Abedi jest wartką, interesującą historią, która nie zwalnia ani na chwilę. Strona po stronie przygoda goni przygodę. Młodsze nastolatki będą zachwycone, choć wydaje się, że przy dzisiejszym szybkim rozwoju dzieci również 8 i 9 latkowie odnajdą przyjemność w tej lekturze.
Lekka, sprawna historia, z wyrazistymi, zabawnymi postaciami, niepozbawiona też morałów i ważnych, czasem gorzkich prawd.

piątek, 6 marca 2015

Małgorzata Musierowicz - Małomówny i rodzina [recenzja]

Jak zaklasyfikować tę książkę, jaką łatę jej przypiąć? Nie jest to powieść dla młodzieży, dla najmłodszych też nie. W zasadzie najlepszymi odbiorcami będą dzieci, które same już potrafią czytać, ale nie gra w nich jeszcze hormonalna burza (osobną kategorią niech będą mniej i bardziej pełnoletnie fanki Jeżycjady, które z sympatii do autorki połkną wszystko co ta popełni).
Historia Małomównego (w tej roli występuje kurczak) oraz jego rodziny (tutaj osobami dramatu jest familia Ptaszkowskich na którą składają się babcia, mama, Munio, Tunio i Rzodkiewka) stanowi kanwę dla opowieści. Nie jest to wielkie pisarstwo, w porównaniu z Jeżycjadą też wypada dość infantylnie. Z biegiem stron historyjka zaczyna nabierać kolorów, czytelnikowi (temu dorosłemu rzecz jasna) przestaje przeszkadzać jej wyidealizowany, sielski obraz, zwrotów akcji nie brakuje.
Z właściwym sobie humorem, swadą i optymizmem autorka rozprawia się z różnymi typami charakterologicznymi w powieści. Choć tak naprawdę często puszcza oko do dorosłego odbiorcy (choć zdaje mi się, że dziś rzadko który młody rodzić pojmie odwołania do rzeczywistości lat 70.), to przednia zabawa czeka przede wszystkim milusińskich. Pogodne, wesołe postaci, moc przygód, dowcipne opisy i dialogi, wakacyjna pora i dobre zakończenie spełniają swą rolę.
Co do treści: rodzina Ptaszkowskich porzuca metropolię i przeprowadza się do maleńkiego Śmietankowa, gdzie mama przyjęła posadę bibliotekarki. Zamieszkują oni w starym domu, w którym mieści się również praca uroczej mamusi. Dociekliwi i bystrzy synowie: Tunio i Munio odkrywają, że w pobliżu ich nowego siedliska zaczynają kręcić się podejrzane typy. Postanawiają rozpocząć małe dochodzenie, które ma wyjaśnić dziwne najścia, a także odkryć tajemnicę starego domu. Czeka ich nie lada wyzwanie oraz wiele niebezpiecznych przygód, gdy wreszcie wpadną na właściwy trop...

środa, 4 marca 2015

Michał Rusinek - Zaklęcie na "w" [recenzja]

Jak opowiedzieć wojnę małym dzieciom?  Trudne pytanie, a jakie wyzwanie dla autorów!
Rusinek wyszedł z tego zadania obronną ręką. Jego Zaklęcie na "w" to strzał w dziesiątkę. Wyważona, paraboliczna, proporcjonalna i wyszukana opowieść o małym Włodku, który pewnego roku po wakacjach nie wraca do szkoły, bo rozpoczyna się wojna. Chłopiec nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji, nie ma pojęcia co znaczy to straszne pojęcie, próbuje dociec czym jest owa wojna. Dorośli mówią o niej półsłówkami, ściszają głos, nie chcą wiele zdradzać przed dziećmi. Dlatego też Włodek zaczyna  tworzyć własną definicję wojny. Uważa, że jest ona wynikiem zaklęcia złego czarnoksiężnika, który sprawił, że zniknęły kolory, a świat stał się czarno - biały. Białymi pozostali dobrzy ludzie, ofiary wojny, z kolei Czarnymi Panowie są agresywni najeźdźcy. Koloru nie stracił za to mały czerwony rowerek Włodka, którym rozwoził ślubne zaproszenia, które w efekcie niewiele miały ze ślubami wspólnego.
Gdy troszkę podrósł, nasz bohater wstąpił do Szarych Szeregów, gdzie dzielnie wypełniał niejasne dla siebie misje. Po latach, dorosły już Włodek (a tak naprawdę Włodzimierz Dusiewicz) wspomina, że wojna obfitowała też w szary kolor, nie ograniczała się jedynie do bieli i czerni. Za przykład podaje historię swojej siostry, którą postrzeli Biały, a uratował Czarny Pan.
Wielką wartością książki jest jej styl. Prosty, czasem naiwny dziecięcy język, bez udziwnień i
wielkich słów. Czasem zwykłe słowa robią ogromne wrażenie. Tak jest i w tym przypadku. Doskonała lektura dla młodszych dzieci, ale też lekcja wrażliwości dla dorosłych.

sobota, 28 lutego 2015

Katherine Paterson - Most do Terabithii [recenzja]

Trudna, a przede wszystkim bardzo wzruszająca książka. Przez większą część prowadzi czytelnika spokojnym, ułożonym nurtem, by pod koniec kompletnie zaskoczyć, a w zasadzie powalić finałem.
Od początku opowieść nie jest ani łatwa, ani przyjemna. Mamy oto biedną amerykańską rodzinę: Jessa, najstarszego chłopca, jego cztery siostry, matkę oraz ojca, na barkach którego spoczywa utrzymanie całej gromadki. Żyją z dnia na dzień, nie pozwalając sobie na żadne przyjemności. Chłopiec ucieka przed szarą rzeczywistością w świat marzeń, które pięknie odmalowuje na papierze, ma on niewątpliwy talent malarski, który jest wyszydzany przez środowisko.
Nudna szkoła, jałowe domowe życie, wyrzuty spowodowane brakiem porozumienia i akceptacji u ojca są powodem jego zamknięcia, wycofania.
Wszystko zmienia się wraz z pojawieniem się Leslie, dziewczynki, która zamieszkuje na pobliskiej farmie. Okazuje się, że są oni pokrewnymi duszami, zaczyna łączyć ich wspólne marzenie, tajemnica. Tworzą wspólnie krainę Terabithii, która będzie dla nich ucieczką do świata, a także miejscem w którym rozwijają wyobraźnię, wrażliwość.
Więź łącząca Jess i Leslie jest magiczna, ich wielka przyjaźń każdemu z nich pozwala dorosnąć, stać się bardziej świadomym i odważnym.
Gdy jesteśmy już pewni, że wszystko wiemy i prognozujemy przyszłość zdarza się finał, który kompletnie odmienia sposób patrzenia.
Jedno pozostaje niewątpliwe - siła i moc przyjaźni, wzruszająca, budująca i dająca nadzieję.
Piękna, zupełnie pozbawiona cukierkowatego posmaku książka, która trafia do serc, na długo zostając w pamięci.
Mam tylko nadzieję, że wrażliwe dzieci dzielnie zniosą koleje losów Jessa.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Francesca Simon - Koszmarny Karolek i wielka forsa [recenzja]

Nie jestem entuzjastką kreski Tony'ego Rossa. Jest turpistyczna, koszmarna jak tytułowy Karolek. Ilustracje są bodaj jedynym mankamentem książki. Treść i pomysł na przygody Karola są zabawne i figlarne.
Prosty schemat, powtarzający się w każdej historyjce nie nuży, a to dlatego, że opisany jest zabawnie, uciesznie i z przymrużeniem oka.
Karolek ma wiele kontrowersyjnych pomysłów, ciągłe poczucie niesprawiedliwości oraz braciszka, który nie bez kozery nazywany jest Doskonałym Damiankiem.
W tej części przygód urwisowski Karolek przeprowadza efektowną zamianę gwiazdowych prezentów, ponadto zmienia szkolny dzień sportu w jeden wielki horror, a także organizuje wielką ucieczkę z domu. Bardzo interesująco przedstawia się także idea zdobycia wielkiej forsy...
Seria o Karolku nie jest specjalnie odkrywcza, pouczająca może też nie bardzo, ale ma w sobie urok beztroski, szalonych dziecięcych pomysłów, a także młodzieńczych psot, za którymi nie raz przychodzi nam tęsknić.
Dla dzieci zaś jest to przede wszystkim świetna rozrywka, pełna niekontrolowanych wybuchów śmiechu i powracania do częstego powracania do najzabawniejszych momentów.
Niezobowiązująca opowiastka na poprawę humoru.

piątek, 20 lutego 2015

Ian Whybrow - Księga straszliwej niegrzeczności. Napisał Wilczuś z wielkiej złości [recenzja]

Księga wielkiej niegrzeczności kompletnie nie przypadła mi do gustu, jedynym plusem jest nazwisko tłumacza, przekładu podjął się Ernest Bryll i pewnie dzięki temu dałam radę przeczytać tę książkę do końca.
Być może jestem za stara na taki rodzaj dowcipu, być może nie znalazłam w tej opowieści niczego interesującego, szkopuł może też tkwić w braku jakiejkolwiek innowacji. Książce brak świeżości, powiela chwyty wykorzystywane przez innych, często lepszych autorów (męczące i wcale nieśmieszne tu słowotwórstwo), a przy tym jest rwana, brak jej stałości.
Och, czepiam się, bo nie podoba mi się narracja, ni pomysł. Tyle.
Bardzo chciałabym docenić przesłanie, pokazanie zderzenia dobra ze złem i inne takie, nawiązujące do tworzenia u milusińskich właściwych postaw moralnych, ale niechęć do treści przesłania mi wszelkie ważkie treści jakie przemyca w historyjce autor.
Co do fabuły. Młody Wilczuś wyrusza w ciemny las (na wyraźną prośbę rodziców), by odnaleźć Szkołę Złości i Chytrości, prowadzoną przez przeokropnego Stryja. Musi on tam poznać dziesięć przykazań dokazań i zdobyć lśniącą odznakę Złego Wilka. Będzie to bardzo trudne zadanie, gdyż prostolinijny i uczynny Wilczuś jest dobrem wcieolnym, a tym samym wielkim wstydem dla groźnej i agresywnej rodziny. Jak potoczą się jego losy?

czwartek, 19 lutego 2015

Aleksandra i Daniel Mizielińscy - Mapy [recenzja]

Wcale nie dziwią mnie ogólnoświatowe zachwyty nad Mapami, myślę, że ta książka zasługuje na dużo więcej peanów i drugie tyle nagród.
Mizielińscy stworzyli własny niepowtarzalny styl, który po trosze wzoruje się na naiwnej dziecięcej kresce, charakteryzuje akuratną czcionką i lekko spranymi, ale różnorodnymi barwami. Nonszalancki, trochę niedzisiejszy styl ich rysunków jest przeuroczy i pełen wdzięku.
W zasadzie Mapy powinno się mieć w domu w kilku egzemplarzach: osobny dla dzieci i dorosłych. Ci drudzy z pewnością (wnoszę na własnym przykładzie) będę czerpać wielką przyjemność z podróży palcem po mapie, jaką funduje nam zdolny duet grafików.
Ich pomysłowość i dowcip w opowiadaniu  o krajach i kontynentach nie mają sobie równych. Odkrywają przed czytelnikami najbardziej jaskrawe i typowe dla danych państw miejsca, potrawy, tradycje. Kopalnia wiedzy o rzeczach znanych i mniej popularnych szczegółach. Na jednej stronie przemierzany Afrykę jadąc karawaną, na innej podziwiamy zorzę polarną, na jeszcze innej razem z orłem przednim przelatujemy przez Austrię.
Wspaniałe wydanie, duży format oszałamiają. Wielość konceptów robi wrażenie, podobnie jak ogrom pracy, jaką musieli autorzy włożyć w to przedsięwzięcie. Ich wysiłek nie poszedł na marne, Mapy to książka do wielogodzinnego przeglądania, wracania, dla ludzi w każdym wieku. Powstała oto książka uniwersalna, nie znająca ograniczeń metrykalnych, ni tematycznych, intrygująca, odprężająca i w nieobciążający sposób podająca wiedzę. Kolejna gwiazda w naszej bibliotece.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Mary Norton - Pożyczalscy na wyspie [recenzja]

Uwielbiam brytyjską literaturę dziecięcą, szczególnie tą przedwojenną. Moi ukochani autorzy to C.S. Lewis i Edith Nesbith. Ich twórczość jest jednocześnie dystyngowana, tajemnicza, a przy tym ciepła i otaczająca błogością. Spotkanie z Pożyczalskimi na wyspie jest inauguracją mojej znajomości z książkami Mary Norton.
Urzekająca jest stylistyka, a nade wszystko atmosfera angielskiej prowincji, gdzie dobrze wychowani mieszkańcy prowadzą miłe rozmowy, mają swoje tajemnice, ukryte gdzieś głęboko pod płaszczykiem taktu i uprzejmości. 
Pożyczalscy to rodzina maluteńkich, nazwijmy to ludzików, którzy żyją w ukryciu w zwykłych domach. Schowani pod podłogą, za kominkiem, w ukryciu podbierają prawowitym mieszkańcom skrawki materiałów, czajnik, czy kurze jajo. I tak starają się prowadzić odrębne, choć silnie związane z ludzkim życie.
Mało mają spokoju, wiele zaś trosk i problemów, w tej części próbują ułożyć sobie życie. Mali bohaterowie: Dominika, Arletta i Strączek postanawiają dotrzeć do nieco mitycznego miasteczka Mały Potok, gdzie wydaje im się, że wreszcie skończą się problemy. Dzięki pomocy niezawodnego Spillera trafiają na łódź - mydelniczkę, która ma powieźć ich ku nowemu, szczęśliwemu życiu. Po drodze jednak przeżyją moc przygód, które co i rusz urozmaicają kolejne karty książki.
Sam pomysł na książkę, a także konstrukcja świata przedstawionego, bohaterów i pomysłów na ich perypetie są z gruntu rzeczy ciekawe. Autorka znalazła wiele ciekawych, nietypowych zastosowań całkiem zwykłych przedmiotów, podała przykłady zachowań zupełnie naturalnych dla ludzi, które w konfrontacji z Pożyczalskimi wydają się być szalenie niebezpieczne.
Urocza, pełna przygód książka, która z powodzeniem może być potraktowana jako lektura czytana dziecku przed snem. Zarówno milusińscy, jak i dorośli będą czekać każdego kolejnego wieczora, by poznać obfitujące z dramatyczne zwroty akcji perypetie sympatycznych Pożyczalskich.

niedziela, 15 lutego 2015

Iwona Chmielewska - Pamiętnik Blumki [recenzja]

Poruszająca, piękna książka, najmocniejsza na końcu, i to wcale nie przy okazji rysunku bydlęcego wagonu. Najbardziej wymowna jest maleńka kartka z notatnika, na której dziecięcą ręką napisana jest niemiecka odmiana rzeczownika JA.
W zasadzie nie ma tu niczego strasznego, przynajmniej dla dziecka, dorosły, który zna historię, widzi ukryte znaczenia i zna ciąg dalszy opowieści o Blumce. Daje to duże pole do rozważań, opowieści i wyjaśniania tego co było.
Rzecz dotyczy Domu Sierot, który Janusz Korczak prowadził przy Krochmalnej 92. To własnie tam mieszkała bohaterka książki. Na kilkudziesięciu wyblakłych nieco stronach opowiada ona o swoich kolegach z tejże instytucji, opisuje ich codzienność. Każdemu poświęca kilka zdań, które nie tylko oddają ich charakter, ale też pokazują istotę filozofii Korczaka. Dzięki temu dowiadujemy się o dniu dobrych uczynków, czy sądzie koleżeńskim, który uczy, że prawda, szacunek do siebie i innych czy prawo do tajemnic i własnego zdania są immanentną cechą każdej jednostki, bez względu na jej wiek.
Wzruszająca jest historia chłopca, nazywanego Kocyk, który był tak dobrym dzieckiem, że pomagał przy rozładowywaniu węgla nosząc go we własnym nocniku. Pola zamiast w doniczce posadziła swe ziarno grochu w uchu, co sprawiło Staremu Doktorowi nie lada kłopot, skąd przez dwa dni próbował je dobyć. Wszystko to doskonale widać na ilustracjach, będących kolażem różnych technik, co nadaje im świeżości, energii i dynamiki. Rysunki mają szczególną wymowę, są graficznym uzupełnieniem ważnej i trudnej treści.
Książka dostarcza wielkich wzruszeń, jest przy tym subtelna, wyrafinowana, taktowna. Polecam.

sobota, 14 lutego 2015

Simms Taback - Płaszcz Józefa [recenzja]

Ta książka to moja osobista faworytka pośród dziecięcych lektur. Szaleńczo barwna, bardzo zabawna, a nade wszystko pomysłowa, do tego urocza i pełna ciepła. 
Wielokrotnie wykorzystywałam ją podczas warsztatów plastycznych dla dzieci, za każdym razem okazywało się, że jest wielką inspiracją nie tylko dla mnie. Pomysły jakie tworzyły się w dziecięcych głowach po wysłuchaniu historii Józefa nie raz mnie zaskakiwały.
Sama opowieść jest prosta. Józef miał płaszcz, który mu się jednak zużył, przemienił go więc, uszył zeń kurtkę, która jednak po pewnym czasie się zniszczyła, zrobił więc z niej coś innego. 
W te prosty sposób autor opowiada jak zrobić coś z niczego, jak w kreatywny sposób wykorzystać resztki, by niczego nie zmarnować, a przy tym pozyskać nową jakość.
Co ciekawe ta historyjka budzi zainteresowanie zarówno pośród małych dzieci, jak i tych większych, które w metryce mają już dwie cyfry. Każdy przyjmuje ją w inny sposób, w każdym jest za to ta sama ciekawość co też Józef jeszcze wymyśli.
Wspaniała lektura, nadzwyczajna zabawa inspirująca do tworzenia ciekawych prac plastycznych.
Na uwagę zasługuje też niebanalna kreska autora, wykorzystywanie przez niego różnobarwnych kolaży oraz dystans i mruganie okiem do czytelnika. Gorąco polecam! Wspaniała książka!

czwartek, 12 lutego 2015

Ernst Theodor Amadeus Hoffmann - Tajemnicze dziecko [recenzja]

Ta baśń trochę mnie przeraziła, trochę rozśmieszyła, na pewno była też pouczająca. Wzbogacona o niepokojące, utrzymane w szarościach ilustracje sprawia wrażenie historii mrocznej, enigmatycznej.
Wydaje mi się, że Tajemnicze dziecko adresowane jest przede wszystkim do dorosłych. To im, między słowami, autor pokazuje zagrożenia płynące z nadgorliwości, bądź wymagania od dzieci realizacji własnych marzeń. Wielki jest kontrast między szczęśliwym wiejskim rodzeństwem, które czas spędza na wolnym powietrzu, pośród natury, z oddanymi im rodzicami, a ich wykształconymi, pompatycznymi kuzynami, mrukliwymi, za to recytującymi z pamięci starożytnych władców.
Jak niemal w każdej baśni zwykły, realny świat miesza się z tym magicznym, czarodziejskim, niedostępnym na co dzień. Rodzeństwo, Feliks i Bogumiła spotykają w lesie Tajemnicze Dziecko, które pozwala im spojrzeć na świat z zupełnie nowej perspektywy. Okazuje się, że do dobrej zabawy nie potrzeba wspaniałych, drogich zabawek, wystarczy wyobraźnia. Uczy je, że harmonia z naturą jest receptą na idyllę i błogostan. Dorośli zaś zdradzają, że pielęgnowanie w sobie dziecka pomaga w utrzymaniu optymizmu i dobrego samopoczucia. Dla nas niby nic nowego, ale w XIX wieku były te frazesy dalekie od komunałów i dzisiejszych znaczeń. 
Choć w baśni jest łyżka dziegciu, sporo smutków i trochę grozy, to jednak autor daje nadzieję na lepsze jutro, bezpretensjonalne, szczere, uczciwe.
Po lekturze pozostał we mnie smutek, przygnębienie, wolę pogodniejsze historie.

środa, 11 lutego 2015

Eva Susso, Benjamin Chaud - Lalo gra na bębnie [recenzja]

Najpierw urzekła mnie okładka. Kolor tła, a na nim rudowłosy, trochę pokraczny Lalo z małym czerwonym bębenkiem. Potem odkryłam bogate wnętrze: zauroczyła mnie feeria barw, dobranych jednak w harmonijny i przyjemny dla oka sposób. Kolejnym plusem jest cała zwariowana rodzinka Lalo: zabawna kreska, którą zostali stworzeni daje poczucie przymrużenia oka, lekkości, zabawy, aż chce się ich poznać! To, że do rodziny należą też zwierzęta również przykuwa uwagę i powoduje nutę sympatii. 
Przygody małego chłopca są znakomitą okazją do poznania nowych słów, ćwiczeń onomatopeicznych oraz zadań rytmicznych, muzycznych. Wspaniała zabawa dla każdego z uczestników czytania, i tego małego i (nie wiem czy nie przede wszystkim) tego dużego.
Pogodna opowieść o rodzinie, doprawiona szczyptą humoru zapada w pamięć i powoduje, że z ochotą wybiera się w księgarni kolejne tomy przygód wesołej skandynawskiej familii, które to książki są równie ciekawe jak ta o Lalo.
Podobnie jak w przypadku Księgi dźwięków również tutaj dziecko łatwo zapamiętuje sceny z poszczególnych stron oraz powtarza poszczególne sekwencje dźwięków, sylab przypisanych do czynności czy zjawisk przyrodniczych.
Świetna publikacja, doskonała dla Maluchów. 

wtorek, 10 lutego 2015

Soledad Bravi - Księga dźwięków [recenzja]

Pierwszy wpis należy do książki, która w naszym domu jest absolutnie najważniejsza. Zaczytana do tego stopnia, że teraz sympatyzujemy z  jej drugim już egzemplarzem. Pierwsza sprawowała się dzielnie, mimo zalewania sokiem, doprawiania sosami, zamazywania kredkami itp. 
Nie ma dnia, by nasza Pociecha nie czytała jej od deski do deski. 
Urocza, prosta grafika, ujmujące kolory, do każdego kolejnego bohatera strony dopisany jest charakterystyczny, powiązany z nim odgłos (koń robi ihaha, pociąg robi tudum tudum, mama robi buzi buzi. W zasadzie mogłabym powiedzieć z pamięci całą resztę, ale się powstrzymam:). Zestawy genialne w swej prostocie i (co najważniejsze) szalenie chwytliwe dla dzieci.
Obrazkiem znanym mi z autopsji, a rozczulającym do granic jest scena, w której dziecko siedzi na podłodze, przewraca kolejne strony i patrząc na obrazek wymawia przypisany doń odgłos. Świetne ćwiczenie pamięci, wymowy, rozpoznawania kształtów, zwierząt, pojazdów, rzeczy. 
W prostocie siła. Księga dźwięków najlepszym tego przykładem.
Ta książka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się, że stanie się tak ważna w rozwoju i zabawie w naszym przypadku. Wyrazy dźwiękonaśladowcze łatwe do zapamiętania, świetnie oddające intencje (szczególnie wtedy, gdy dziecko dopiero rozpoczyna naukę słów), ułatwiają komunikację, rozwijają mowę, powodując też dobre samopoczucie Maluszka, który wreszcie zaczyna porozumiewać się za pomocą kodów znanych i rozumianych przez dorosłych. Wspaniałe doświadczenie zarówno dla Milusińskich, jak i ich Autorów. Pozycja absolutnie konieczna w biblioteczce każdego Malucha, o której nie da się mówić inaczej jak w samych superlatywach!